27.2.09

100

Waga- 57,9 kg. W mijającym już lutym wahała się jakoś między 57,7 a 60,5. Czyli trzymam normę, jo- jo mnie nie dopadło, znaczy sie jest wporząsiu. Cały czas stopniowo i powoli zwiększam ilość spożywanych kalorii, nie rezygnuję z ruchu. Kontuzja niestety to już chyba moje drugie imię, ale nie przestaję, rade daję. Biegam coraz dzielniej, ostatnio mimo naprawdę parszywej pogody, a w domowym zaciszu, na suchym już podłożu uda mi się czasem ciachnąć szpagacik ( tak, tak... no umiem już...! ). Raduję się swoją nową sylwetką, podziwiam odbicie w lustrze, uśmiecham się dumnie do siebie. 
Ale hola hola... stop panienko, czy rzeczywiście wszystko jest tak pięknie jak panienka opowiada, sielsko- anielsko, gitara gra?
Hmmm.... Cóż... No jakby ten tego...
Ok, dobra, niech będzie. Ogólnie to oczywiście w walce jestem na prowadzeniu, ale co tu ściemniać- na deskach twarzą wylądowałam już kilka razy w mijającym miesiącu. 
Weekendowe, nieco szalone, acz zdrowe i mimo wszystko kontrolowane odstępstwa od diety przerodziły się w obłęd, który  z rozsądkiem niewiele ma wspólnego niestety... Wypisz wymaluj pan kompuls, potocznie znany jako obżarstwo. O mamuniu, jak mnie brzuch napierdzielał... Jaki miałam pogryziony język, poranione podniebienie. Jaki bajzel w głowie... 
Bardzo, bardzo się na sobie zawiodłam...
Teraz muszę to sobie wszystko poukładać tak, bym już nie musiała cierpieć w dziwnym rozżaleniu. Poradzić sobie poradzę napewno, bo wojowniczek we mnie, czuję, już podskakuje radośnie w oczekiwaniu na nowe wyzwanie, na zmierzenie się z moimi własnymi słabościami. Opracować tylko muszę plan działania jakiś czy cuś, coby z wojowniczkiem współpraca układała się elegancko. Zatem spadam, meldunek kolejny jakoś na końcówkę marca pewnie się pojawi. 
Baaj!
___