Mija 3 tydzień trybu stabilizacyjnego mego.
Jest pięknie. Zdecydowanie mam nową mnie. Oj jak siebie kocham ja, oj jak...
Jestem z siebie zadowolona, pełno we mnie wszystkiego na plus, energii nie brakuje. Nie wiem, może to i zasługa żeń- szenia... Tak czy siak, jest pięknie.
Zdrówko prawidłowo. Złapałam tylko małą kontuzję- ale nie będziemy ani płakać, ani rezygnować. Mój nowy plan treningowy uważam za mega dobry. Jest zdecydowanie wygodniejszy niż ten na diecie, z niezwykłą łatwością wkomponowuje mi się w rozkład tygodniowy- to raz. Dwa- nie ćwiczę już sama, jest inaczej, ale jak na razie uważam że lepiej, lubię rywalizację. Także tutaj jest wszystko lala- cacy.
I ogólnie daję radę. Waga 58,3 kg- czyli piękna sprawa w sumie, przez ostatnie 10 dni zeszło jeszcze niecałe 2 kiloski. Jeśli chodzi o wymiary, to nigdzie mi się nie urosło - jest ok jak najbardziej.
Zmodyfikowałam nieco akcję stabilizacyjną, ale myślę że wyjścia nie było.
Zamiast 5 posiłków, nadal 4- tak mi po prostu lepiej. Waga nie co 10, czy 15 dni, ale codziennie- mniejsze ryzyko kilogramowej lawiny.
Do tego ticiu- piciu zmiana w weekendowym luzie. Gdy jeszcze tkwiłam sobie w świecie zbijania wagi, wiedziałam że na szaleńczo szalone szaleństwa podczas zbliżającej się wtedy dopiero diety stabilizacyjnej nie będę mogła sobie pozwolić. Owszem, kalorii i takich tam w weekendy nie liczymy, menu na spontanie, ale np. o brzuszku pełnym ciasteczek myślałam, że będę musiała zapomnieć na jeszcze kilka miesięcy- w obawie przed jo- jo. A tu proszę- na te dwa dni w tygodniu zmieniam się w małą, niegrzeczną, dietową rozpustnicę! Oł jeee...
Oczywiście wszystko jak najbardziej w dalszym ciągu zdrowo- śmieciowej kupy nie jadam, i już nigdy jadać nie będę. Ale ciasto marchewkowe ( matko, genialnie wyszło... ), większe porcje, pieczone ziemniorki, późna kolacja... Nie odmówię sobie w dzień szósty i siódmy. I myślę, że dobrze. Dostarczam sobie w ten sposób mnóstwo radochy. Pewnie tak zostanie. Niech mi się tylko waga i wymiary ładnie trzymają, a powinno być elegancko.
Przede mną genialne tygodnie, ponagradzam siebie nieco, będę radować się tym jak daleko doszłam... Nie mogło mnie spotkać nic lepszego niż akcja 'minus 20 kg'- bosko.
Zmykam. Pojawię się w okolicach dnia 28, miesiąca lutego.
___
Skoro już się panna Anna nie odchudza oto ostatnie już myślę podsumowanie, ile mi się wszystkiego straciło.
BMI 20.7
Waga 58.3 kg ( - 21.7 kg)
Biust 84 cm ( - 14 cm)
Talia 62 cm ( - 16 cm)
Pas 80 cm (- 17 cm)
Biodra 86 cm ( - 14 cm)
Pupa 92 cm ( - 17 cm)
Udo 55 cm ( - 11 cm)
Łydka 38 cm ( - 5 cm)
Ramię 24 cm ( - 6 cm)
___