102
Jestem. Cała. Niepogrubiona. Trzymam się wzorowo mimo wiatru i deszczu.
Zdrowe odżywianie + wysiłek fizyczny 3 razy w tygodniu= waga prawidłowa- 55,6 kg.
Dalej dumna z osiągniętego i utrzymującego się efektu, dalej walcząca. Poznająca siebie samą coraz lepiej, coraz pewniejsza.
I nowa rzeczywistość. Praca. Nowa. Świetne stanowisko. I znów dumna.
Gdyby nie akcja 'minus20kg' wiem, że nie byłoby tego, co jest.
Cały czas jestem zaskoczona sukcesem. Wszystko dzieje się tak szybko, tak po mojej myśli, inaczej. Dziw mnie bierze czasem, czy to aby napewno tylko moja zasługa. Dlatego też, i za pośrednictwem Ynternetu, i w sercu głęboko, pragnę podziękować aniołowi, wróżce, czy elfowi, który czuwa nade mną.
Ahoj!
___
27.3.09
101
Zdarzyło mi się przez ostatnie kilka tygodni zapomnieć, wejść w świat słabości i frustracji, przyznaję się bez bicia. Myślę sobie, że to było nieuniknione. Już wstaję. I chyba jest cudownie. A jak nie jest, zrobię wszystko co w mojej mocy by było.
Waga 57- 59 kg ( dziś osiągnęłam swoja najniższą, równiuteńko 57 kg)- czyli na swoim miejscu, nawet niżej. Ha! Znaczy się na stabilizacji radzę sobie elegancko. Z dniem 10 kwietnia ( matko, toż to zaraz!) kończy się oficjalnie owa stabilizacja, ruszam w kolejną, teraz już wieloletnią wyprawę. Nie będzie liczenia kalorii, zbijania wagi, zmniejszania obwodu talii, sztywnych treningów, by spalić tłuszcz itp. Nie będzie już takiej potrzeby. Wiem co robić, by się nie zgubić ( czyt. by nie wrócić do przykrego stanu i wagi sprzed diety). Jak nie wiem co, cieszę się, że już koniec. Robię wielkie ufff... Trochę też się boję, ale raczej nie jest to jeden z tych strachów, co to nie pozwalają zrobić kroku w przód. Będzie dobrze.
Pozostanę już szczupłą mną, z tą miłą energią, z tą cenna wiedzą. Z miłością do siebie. Przytrzymam to. Nie puszczę, to mój skarb.
Czyli co?
Koniec!
Udało mi się!
Żegnam!
:]
___
By utrzymać efekt i nie przytyć zamiar mam trzymać się tych oto 6 prostych zasad:
I- Ostatni posiłek nie później niż 3 godziny przed snem; dopuszczalny wyjątek raz w tygodniu ( sobota).
II- Jeśli słodycze ( ciasta, ciasteczka, cukierki), to rzadko i minimalne, typowo 'degustacyjne' porcje.
III- Jeśli porcje XXL, to tylko warzywa, ewentualnie owoce.
IV- Wybieranie produktów Light. Również czynienie przyrządzanych potraw takowymi; ograniczanie tłuszczy w codziennej diecie.
V- Regularne, pełnowartościowe, świadome posiłki.
VI- Aktywność fizyczna minimum 3 razy w tygodniu.
___
I niech tak już zostanie. Było miło, ale już cel swój osiągnęłam. Ruszam dalej! Pa!
27.2.09
100
Waga- 57,9 kg. W mijającym już lutym wahała się jakoś między 57,7 a 60,5. Czyli trzymam normę, jo- jo mnie nie dopadło, znaczy sie jest wporząsiu. Cały czas stopniowo i powoli zwiększam ilość spożywanych kalorii, nie rezygnuję z ruchu. Kontuzja niestety to już chyba moje drugie imię, ale nie przestaję, rade daję. Biegam coraz dzielniej, ostatnio mimo naprawdę parszywej pogody, a w domowym zaciszu, na suchym już podłożu uda mi się czasem ciachnąć szpagacik ( tak, tak... no umiem już...! ). Raduję się swoją nową sylwetką, podziwiam odbicie w lustrze, uśmiecham się dumnie do siebie.
Ale hola hola... stop panienko, czy rzeczywiście wszystko jest tak pięknie jak panienka opowiada, sielsko- anielsko, gitara gra?
Hmmm.... Cóż... No jakby ten tego...
Ok, dobra, niech będzie. Ogólnie to oczywiście w walce jestem na prowadzeniu, ale co tu ściemniać- na deskach twarzą wylądowałam już kilka razy w mijającym miesiącu.
Weekendowe, nieco szalone, acz zdrowe i mimo wszystko kontrolowane odstępstwa od diety przerodziły się w obłęd, który z rozsądkiem niewiele ma wspólnego niestety... Wypisz wymaluj pan kompuls, potocznie znany jako obżarstwo. O mamuniu, jak mnie brzuch napierdzielał... Jaki miałam pogryziony język, poranione podniebienie. Jaki bajzel w głowie...
Bardzo, bardzo się na sobie zawiodłam...
Teraz muszę to sobie wszystko poukładać tak, bym już nie musiała cierpieć w dziwnym rozżaleniu. Poradzić sobie poradzę napewno, bo wojowniczek we mnie, czuję, już podskakuje radośnie w oczekiwaniu na nowe wyzwanie, na zmierzenie się z moimi własnymi słabościami. Opracować tylko muszę plan działania jakiś czy cuś, coby z wojowniczkiem współpraca układała się elegancko. Zatem spadam, meldunek kolejny jakoś na końcówkę marca pewnie się pojawi.
Baaj!
___
31.1.09
099
Mija 3 tydzień trybu stabilizacyjnego mego.
Jest pięknie. Zdecydowanie mam nową mnie. Oj jak siebie kocham ja, oj jak...
Jestem z siebie zadowolona, pełno we mnie wszystkiego na plus, energii nie brakuje. Nie wiem, może to i zasługa żeń- szenia... Tak czy siak, jest pięknie.
Zdrówko prawidłowo. Złapałam tylko małą kontuzję- ale nie będziemy ani płakać, ani rezygnować. Mój nowy plan treningowy uważam za mega dobry. Jest zdecydowanie wygodniejszy niż ten na diecie, z niezwykłą łatwością wkomponowuje mi się w rozkład tygodniowy- to raz. Dwa- nie ćwiczę już sama, jest inaczej, ale jak na razie uważam że lepiej, lubię rywalizację. Także tutaj jest wszystko lala- cacy.
I ogólnie daję radę. Waga 58,3 kg- czyli piękna sprawa w sumie, przez ostatnie 10 dni zeszło jeszcze niecałe 2 kiloski. Jeśli chodzi o wymiary, to nigdzie mi się nie urosło - jest ok jak najbardziej.
Zmodyfikowałam nieco akcję stabilizacyjną, ale myślę że wyjścia nie było.
Zamiast 5 posiłków, nadal 4- tak mi po prostu lepiej. Waga nie co 10, czy 15 dni, ale codziennie- mniejsze ryzyko kilogramowej lawiny.
Do tego ticiu- piciu zmiana w weekendowym luzie. Gdy jeszcze tkwiłam sobie w świecie zbijania wagi, wiedziałam że na szaleńczo szalone szaleństwa podczas zbliżającej się wtedy dopiero diety stabilizacyjnej nie będę mogła sobie pozwolić. Owszem, kalorii i takich tam w weekendy nie liczymy, menu na spontanie, ale np. o brzuszku pełnym ciasteczek myślałam, że będę musiała zapomnieć na jeszcze kilka miesięcy- w obawie przed jo- jo. A tu proszę- na te dwa dni w tygodniu zmieniam się w małą, niegrzeczną, dietową rozpustnicę! Oł jeee...
Oczywiście wszystko jak najbardziej w dalszym ciągu zdrowo- śmieciowej kupy nie jadam, i już nigdy jadać nie będę. Ale ciasto marchewkowe ( matko, genialnie wyszło... ), większe porcje, pieczone ziemniorki, późna kolacja... Nie odmówię sobie w dzień szósty i siódmy. I myślę, że dobrze. Dostarczam sobie w ten sposób mnóstwo radochy. Pewnie tak zostanie. Niech mi się tylko waga i wymiary ładnie trzymają, a powinno być elegancko.
Przede mną genialne tygodnie, ponagradzam siebie nieco, będę radować się tym jak daleko doszłam... Nie mogło mnie spotkać nic lepszego niż akcja 'minus 20 kg'- bosko.
Zmykam. Pojawię się w okolicach dnia 28, miesiąca lutego.
___
Skoro już się panna Anna nie odchudza oto ostatnie już myślę podsumowanie, ile mi się wszystkiego straciło.
BMI 20.7
Waga 58.3 kg ( - 21.7 kg)
Biust 84 cm ( - 14 cm)
Talia 62 cm ( - 16 cm)
Pas 80 cm (- 17 cm)
Biodra 86 cm ( - 14 cm)
Pupa 92 cm ( - 17 cm)
Udo 55 cm ( - 11 cm)
Łydka 38 cm ( - 5 cm)
Ramię 24 cm ( - 6 cm)
___
20.1.09
098
Ło żesz... Jakbym wylądowała na obcym terenie. Blogu znaczy się, dziwnie jakoś... Chyba się sztęszkiłaaam. 10 dni minęło, odczuwam jakby z jakieś 30 mnie nie było. No tak, dobra, ale jestem. Z wagą 60, 2 kg. Przytyło się niecałe pół kilosa. Niewiele, więc nie wzruszam się tym. Wszak już na odchudzającej nie jestem, siala la la... I ustalam sobie normę, jakiej trza się trzymać: 58- 62 kg. Do 62 kg nie będę się załamywać, pozwolam już sobie na słabszy moment w przyszłości. Powyżej tego wyniku, naturalnie należy się rozbeczeć, powykrzykiwać, zdemolować etc., po czym grzecznie i z pokorą wrócić do diety. Plan myślę, nie jest najgorszy, powinno być ok.
Sama akcja stabilizacja przebiega w miarę radośnie. W miniony weekend zaszalałam, oj jak zaszalałam. A jak mi właśnie tego było trzeba, aj jak mi było trzeba...
Upiekłam przecudaśne owsiane ciasteczka, które w błyskawicznym tempie wypełniły brzucha mego. Wreszcie też zjadłam konkretny niedzielny obiad ( oczywiście zamiast tłustego mięcha-genialne kotlety sojowe, zamiast pyrków- brązowy ryż), porcja nie z tej ziemi. No i zdarzyła się i późnawa kolacja, i o zgrozo w postaci galaretki z szaloną owocową sałatką! Słowem: ciężki hard- core :]
Po tych trzech miesiącach diety zdecydowanie mogę uznać ostatnią sobotę z niedzielą za naprawdę ekstremalne dwa dni, z naprawdę ekstremalnymi odczuciami. Maksimum wyrzutów sumienia, że za dużo, blabla plus maksimum radochy z żarcia. Generalnie było dobrze, szczególnie, że liczba na wadze całkiem mi się podoba. A! No właśnie- ważyć się postanowiłam codziennie ( pierwotnie ustaliłam, że na stabilizacji co 10 dni jakoś chyba). Dzięki temu pozbyłam się małego stresu z głowy, i kontrolę zdecydowanie mam nad tym wszystkim większą. Na samej diecie ważenie się codzień uważam nadal za głupotkę, ale już gdy kończy się odchudzanie, opcję wskakiwania co rano na wagę nazwać mogę bardzo dobrą opcją.
Co poza tym?
Dawki ruchu sobie nie odmawiam, marsze we wtorki i czwartki są super sprawą, a nowe ćwiczenia na pośladki z poniedziałków i czwartków dają nieźle popalić- i dobrze, niechaj pupka się kształtuje.
Co do diety stabilizującej, to wyznam szczerze, że kurczę, boję się kalorii. Odczuwam strach przed zwiększaniem ich ilości. Przyzwyczaiłam się do moich średnio 900. Myśl o tym, że za dwa tygodnie ma ich już być 1200 przyprawia mnie o lekki ból głowy i dreszcze. Zakończenie diety nie jest wcale takim prostym zadaniem, serio serio. Tak naprawdę w gruncie rzeczy wiem, że nie dopuszczę do tego, by kilogramy wróciły, jednak strach przed przytyciem jest teraz niemały. I znów z drugiej strony- odchudzać się dalej przecież też już nie ma potrzeby. Jestem zadowolona z tego, jak wyglądam, czuję się komfortowo we własnym ciele.
No i wszystkie spodnie spadają z tyłka ( chyba zatem pora na zakupy :]), pięć kilo mniej i będę zbyt koścista, więc nie ma co- oczywistym jest fakt, że ,, Anka, stop, Aniu, już koniec''.
Mam nadzieję, że będzie dobrze. Że mimo małych weekendowych ( acz rozsądnych, a jak!) szaleństw nie dopadnie mnie jo- jo potwór.
Co tam jeszcze?
Hmmm... no czuję się dobrze, nie choruję, podziwiam nową mnie, przyzwyczajam się do akcji stabilizującej, odczuwam większy, jakże przyjemny luz, rozumu nie tracę w dalszym ciągu, czasem się postresuję niepotrzebnie, czasem z wiarą spojrzę w przyszłość. A teraz idę wszamać jabłucho. Do sklikania pamiętniczku za dni 10, cześć, czołem!
___
BMI 21.3
Waga 60.2 kg
___
10.1.09
097
Waga 59,8 kg. Cóż, nie spada. Ale przecież o to chodzi.
Więc mówię trudno, dziś się bawię. Dziś świetuję. Wszak powody mam, oj mam.
Masz tu pamiętniczku, wkleję Ci nowy rozkład jazdy:
10.I’09- 10.IV’09
AKCJA STABILIZACYJNA
ZWIĘKSZANIE KALORYCZNOŚCI
10 STYCZEŃ- 1000 KCAL. 19 STY- 1100 KCAL. 26 STY- 1150 KCAL.
2 LUTY- 1200 KCAL. 9 LU- 1250 KCAL. 16 LU- 1300 KCAL. 28 LU- 1350 KCAL.
9 MARZEC- 1400 KCAL. 16 MAR- 1450 KCAL. 23 MAR- 1500 KCAL. 30 MAR- 1500-1550 KCAL.
10 KWIECIEŃ- 1600 KCAL MAX.
DIETA
BOGATE ŚNIADANIA, DUŻO WODY, LEKKIE KOLACJE.
WARZYWA, OWOCE. POSIŁKI PRZYGOTOWYWANE SAMEMU.
UNIKANIE TŁUSZCZY, SMAŻENIA. UNIKANIE FAST FOODÓW, NIEZDROWYCH SŁODYCZY ETC.
SOBOTY I NIEDZIELE- BEZ OBLICZEŃ.
3 MAŁE POSIŁKI + 2 PRZEKĄSKI
ŚNIADANIE- DO 1 GODZ. PO OBUDZENIU SIĘ ( NP. 9:00)
PRZEKĄSKA- PO 2,5 GODZ. ( NP. 11:30)
OBIAD- PO 3 GODZ. ( NP. 14:30)
PRZEKĄSKA- PO 2,5 GODZ. ( NP. 17:00)
KOLACJA- PO 3 GODZ. NAJPÓŹNIEJ 3 GODZ. PRZED SNEM ( NP. 20:00)
SPORT
PONIEDZIAŁEK + ŚRODA
KARDIO 10 MIN. + ½ STRETCHING + POMPKI + ABS II + POŚLADKI + ½ STRETCHING= 30- 40 MIN.
WTOREK + CZWARTEK
MARSZ, MARSZOBIEG, BIEG LUB SPACER= 30- 45 MIN.
+ SPORTY REKREACYJNE, UNIKANIE WIND, POKONYWANIE KM PIESZO.
OD MAJA NOWY TRENING
KONTROLA
WAGA
ST, LU- 10, 20, 30. MAR, KW- 15, 30.
WYMIARY
ST, LU, MAR, KW- 15, 30
Życzę sobie, by mi plan owy służył, by przynosił radość i ogólny light. A teraz czasu nie mam, pędzę lecę się ubawić. Let's celebrate!
___
5.1.09
096
Banan 100 g plus pomarańcza 200 g
Omlet: 3 białka plus 1 żółtko plus oliwki zielone 35 g plus groszek konserwowy 100 g plus oliwa z oliwek 1 łyżka
Zupa ogórkowa 300 ml plus pieczywo chrupkie graham 3 kromki
Serek wiejski lekki 150 g plus twaróg chudy 40 g
Stepper 30 minut
Stretching
___
5 styczeń'09
97 dzień.
I zdobyłam szczyt.
Piąteczka z przodu, za nią dziewiąteczka, i jeszcze siódemeczka- po przecinku.
59,7 kg. Jestem z lekka oszołomiona. Czy w sumie- ale jaja, o kuwa. Dietowa sodowa uderzyła do głowy. Uderzyła tak mocno, że mnie nieco sparaliżowała. Nie bardzo wiem, czy czuję się ,, prawidłowo''. Powinnam zrobić wielkie UFF, ale tak bardzo odchudzanie moje mnie pochłonęło, że chyba będzie mi trzeba jeszcze trochę czasu, dni kilka, zanim pożegnam się ostatecznie z tym tematem i lekko wyląduję na ziemi.
To minęło tak szybko... Hop, siup, bęc, i już.
Pewnie, że się cieszę. Pokonałam potwora.
Kilka miesięcy temu, na niedługo przed akcją minus 20 kg, wiedziałam, że potwora tego nie jestem w stanie pokonać. Dostrzegałam, że jedzenie wymyka się spod mojej kontroli, że ruszyła pewna machina, której nie sposób już zatrzymać. Obżarstwo, kompulsywne. ,, No ładnie, zaczęło się''. Godziłam się już z rolą grubasa. Jednocześnie nienawidząc siebie coraz bardziej. Tkwiłam w jakiejś matni. Matko, jak mi było źle. I nie umiałam się podnieść- po prostu. Nikt mnie wcześniej nie uczył, czym tak naprawdę jest jedzenie, jak jeść świadomie, by sobie nie zaszkodzić. Odkąd sięgam pamięcią bezmyślna konsumpcja, obżeranie się było codziennością. Pasją wręcz, od małego moja miłość. I dostawałam za to pochwałę, cacy, dobra dziewczynka. A dalej to już wiadomo- strawa moim przyjacielem, strawa mnie nie skrzywdzi, bla bla bla... Nic nie dawało mi w życiu tyle szczęścia co jedzenie. Poprawka- obżeranie się. Najgorszą kupą.
Że kupą, zdałam sobie sprawę gdy postanowiłam się odchudzać. Przeanalizowanie tego co przez lata lądowało w moim brzuchu, było jednym z ważniejszym moich odkryć.
Szczęście wielkie, czy anioł stróż mój znów, może po prostu najwyższa pora, że coś w pewnym momencie zaczęło do mnie docierać. I dzięki wam dobre wróżki za to, żeście mi tego trzeźwiącego liścia w policzek na czas wymierzyły.
I potwór pokonany.
I gorąco wierzę, że już na zawsze. Że to nie był tylko urlop od tego bałaganu.
Że zyskałam to, o czym marzyłam, że spokojnie z tym spełnionym marzeniem mogę iść dalej.
Pora zacząć nakreślać, i wprowadzić w życie nowy rozkład jazdy. Kończymy akcję odchudzanie.
Jesteśmy Anno szczupłe, zgubiłyśmy 20 kilogramów. Słowem sukces, moja droga panno, sukces.
Co więc dalej?
Teraz pora na system stabilizacyjny. Z pewnością łatwiejszy od tego, który za mną. O, i teraz w sumie jakieś tam uff czuję. Oj taaak...
Dziś, i jeszcze przez najbliższych kilka dni pozostanę sobie w świecie, w którym żyję od trzech miesięcy, dalej bez zmian w diecie, dalej sprawdzony trening. Naprawdę nie jest rzeczą łatwą teraz tak po prostu to skończyć. Daję sobie czas.
Najbliższy tydzień niech mi będzie tygodniem, w którym rozkminię na spokojnie co, jak, i z czym teraz. Tygodniem, w którym zdam sobie sprawę z tego, że to juz koniec drogi.
A od nowego tygodnia, już z sympatyczną świadomością przejdę na nowy tryb. Dużo już łagodniejszy, przyjazny, bardziej spontaniczny, no milutki, no.
Oczywiście, naturalnie, rzecz jasna oczy dookoła głowy w ciągu dalszym. Nigdy nie wiesz bowiem, czy za rogiem nie czai się wróg, znaczy się ukryty w tobie samym, podstępny, złowrogi grubasss.
Łaaa!!!
___
BMI 21.2
Waga 59.7 kg
:]
___
Dodać pragnę, raz jeszcze zresztą, że to już koniec.
,, To już jest koniec... Sialalala... Jesteśmy wolni... Sialalala...''
Wpisów, stwierdzam z pewną przykrością, nie będę już dokonywać codziennie.
Co 10 dni. Przez czas pewien. Potem co dwa tygodnie, później raz na miesiąc pewnie. By wkońcu może nawet przestać. Echhh...
Bądź blogu mi pamięcią, a stworzeniom ludzkim dowodem, że jak się chce bardzo, bardzo, to można. No żegnaj pamiętniczku. Matko, żebym ja Cię nie musiała kiedyś jeszcze raz... O nie, nie...!
Ciao.
___
4.1.09
095
Płatki owsiane 30 g plus rodzynki 15 g plus jabłko 200 g
Pieczywo chrupkie graham 3 kromki plus pasztet sojowy z koperkiem 50 g plus pomidor 100 g
Twaróg chudy 100 g plus ogórek świeży 200 g
Serek wiejski lekki 150 g
40 minut hula hop
Ćwiczenia na pośladki, brzuch
___
Nie, nie... To nie może tak być... Bo mi się tu zrobi blog dołowy, z przepisami jak szybko zejść ze świata. Wczoraj ewidentnie dzień był niefartowny. Bardzo.
Pora się otrząsnąć, przecież już tak wiele osiągnęłam. Tak niewiele mi zostało, już końcóweczka.
Taaak, już prawie koniec przecież. Spokojnie więc, spokojnie...
___
3.1.09
094
Płatki owsiane 30 g plus jabłko 200 g
3 białka na twardo plus rzodkiewka 100 g plus groszek konserwowy 100 g
Tofu 50 g w panierce smażone na łyżce oliwy z oliwek plus pomidor 150 g
Twaróg chudy 100 g plus ogórek kwaszony 200 g plus musztarda 1 łyżka
___
Wiem, że to po prostu słabszy dzień, ale co tu ściemniać- jedyne co mi się dzisiejszego cholernie mroźnego pod każdym względem poranka marzy to koniec tej diety, z ćwiczeniami tymi.
Wrrr...
Oj bardzo wrr...
___
Wieczorny dopisek
DUPA
Ćwiczeń dzisiaj nie ma. Totalnie odrętwiałe ciało, odrętwiały mózg cały. Myślałam, że może jakoś przed kolacją uda mi się zebrać w sobie i najzwyczajniej ruszyć pupę, ale niestety. W strachu przed poniedziałkiem ( ważenie), liczę po cichu na niedzielę.
Poza tym wszystko już do dupy.
Nerwica jak się patrzy.
___
2.1.09
093
Chleb razowy 70 g plus dżem wiśniowy 25 g
Twaróg chudy 100 g plus ogórek świeży 200 g plus groszek konserwowy 50 g plus musztarda 1 łyżka
Pomarańcza 200 g plus banan 100 g plus pieczywo chrupkie graham 1 kromka
Serek wiejski lekki 150 g plus ogórek kwaszony 100 g
30 minut stepper
Stretching
___
Coraz bliżej do zakończenia akcji odchudzającej, a mi coraz mniej wesoło. Strach przed tym jak to teraz będzie wszystko wyglądać połączony z naprawdę ogromnym stresem wywołanym szukaniem, planowaniem rozwiązań właśnie, nie pozwalają mi się cieszyć tym, co jest.
I dość mam już tego liczenia składników odżywczych, pilnowania by tego nie brakło, tamtego nie było za dużo. Dość już mam też sportowego bata na tyłku. Gdzieś gubię w tym całą radochę. Co za dzień, ło matko, co za dzień.
Wogóle gdzie jest słońce? Zimno mi...
Żem się na to wszystko zdenerwowała. I pogubiłam się w tym wszystkim, i gubię się nadal. I wiem, że urodziła mi się w głowie paranoja.
Niewiele dziś chyba wymyślę.
Dobra, stop. Idę porozglądać się za harmonią jakąś. Bo się zepnę zbytnio i będzie kicha.
___
1.1.09
092
Chleb razowy 70 g plus dżem wiśniowy 20 g
Ananas 100 g plus jabłko 100 g plus pomarańcza 100 g
Makaron świderki 20 g plus twaróg chudy 100 g plus jogurt naturalny 75 g plus musztarda 1 łyżka
Kalafior gotowany na parze 300 g plus 2 białka na twardo
40 minut hula hop
Ćwiczenia na pośladki, brzuch
___
Nowy '09.
1 stycznia, rano. Więc nie będę się raczej rozpisywać.
Jaki tu bałagan wogóle...
___
31.12.08
091
Chleb razowy 70 g plus dżem wiśniowy 20 g
Makaron świderki 20 g plus twaróg chudy 100 g plus jogurt naturalny 75 g plus musztarda 1 łyżka
Płatki owsiane 30 g plus jabłko 200 g
3 białka na twardo plus pomidor 100 g plus ogórek świeży 200 g plus jogurt naturalny 75 g
Koreczki: oliwki zielone 30 g plus papryka 50 g plus ogórek kwaszony 100 g plus szparagi 50 g
30 minut stepper
Stretching
___
W całym tym wyścigu do nocy sylwestrowej wypadło mi z głowy ważenie o poranku, w porę jednak zareagował dzielny towarzysz. Wskoczyłam na wagę. Raz, drugi. Trzeci nawet. I nie wierzę. Kurka, no... 60,9 kg. Niesamowite. Jeszcze niecały kilogram. I już? Ja nie mogę...
Cieszę się niesłychanie. Niespodzianka, że hoho.
Mam co świętować, żegnając się z 2008. Nie odmówię dziś sobie szampana, nie odmówię sobie tych nocnych koreczków. Cudaśnie.
I wejdę z uśmiechem w nowy '09. Bogatsza o zielone światło dla siebie samej. Jak dobrze, że podjęłam decyzję o zgubieniu tych kilosów. Jak dobrze, że pracowałam nad tym, że nie odpuściłam. Jak dobrze, że jest tak, jak jest. I że wyglądam dziś tak, jak wyglądam. Oj naprawdę, jak to dobrze.
Ten rok będzie piękny. Niekoniecznie łatwy, ale piękny napewno. Dużo się zmieni. Wyjdę z tej własnej piwnicy pełnej nienawiści do siebie, pełnej żalu i łez.
Lista noworocznych postanowień gotowa. Wśród akcji przeróżniastych miejsce znalazło się i dla kilku z kontynuowaniem opisywanej tu drogi związanych.
Sport. Napewno Anka uczyni się biegaczem. Lajtowym raczej, bo taka jestem, ale biegaczem. Nie że po miesiącu mówię: ,, Łeee, dobra, do dupy z tym bieganiem, po co?''. W 2009 biegam, nie ma bata. Chcę by sport stał się pewną stałą w moim życiu. Czymś co jest nierozerwalnie związane ze mną, z moim określonym trybem. Bez zmuszania. Już oddzielając go od tematu odchudzanie. By był, ot tak. Będzie mnie kształtował, dawał mi pozytyw.
Dalej też będę dbać o to, by moja pupka ulubiona i Pan Brzuszko wyglądały elegancko. Letnie plaże już na mnie czekają, wiem to :]
Będę też starać się odkrywać nowe formy spędzania czasu. Wolę pożegnać się z leżeniem w łóżku z kolejnym numerem Cosmo. Wyjść na kręgle, basen, spacer chociażby- do takich rozwiązań będę starać się dążyć.
Ajaj... kto by pomyślał, że tak mi się pozmienia. Grzeczna dziewczynka, grzeczna...
Co z tematem żarcie w 2009?
Zapoznaję się z opcją przejścia na wegetarianizm.
A co napewno?
Z pasją wielką mam zamiar oddać się tworzeniu nowych, pięknych potraw. W najlepszych kulinarnych blogach znalazłam z milion trzysta wspaniałych inspiracji. Już podskakują łyżeczki z widelczykami by ujrzeć na żywo chociażby involtini z bakłażana z mozzarellą, zupę z ciecierzycy i roladę bezową, znane z Kwestii Smaku.com. Już mi chodzą rączki, by wyrobić własny chleb, buły własne i bagiety.
Rok '09 z pewnością będzie rokiem pełnym rozkosznych eksperymentów kulinarnych. Będzie rokiem dobrych wyborów żywieniowych, śmieciowej kupy z McDonald'sa już do ust nie wezmę. A gdy przypadkiem całkiem, zdrowe tofu i przyjaciele nie przypadną mi do gustu, humor poprawię sobie kieliszkiem dobrego wina. Przez najbliższe 12 miesięcy regularnie będę zaglądać do hedonistycznego świata boskich win.
Cała reszta powinna pójść gładko.
By nie wrócić do dawnej pasztetowej sylwetki, słówko umiar, czy zwrot 'małe porcje bejbe' ułożę sobie z kolorowych literek na lodówce.
A teraz cóż, zmykać czas najwyższy. Ja tam już słyszę kroki Nowego...
Boziu, w co ja się ubiorę?!
___
BMI 21.6
Waga 60.9 kg ( -19.1)
Biust 87 cm ( -11 cm)
Talia 64 cm ( -14 cm)
Pas 83 cm ( -14 cm)
Biodra 88 cm ( -12 cm)
Pupa 95 cm ( -14 cm)
Udo 56 cm ( -10 cm)
Łydka 39 cm ( -4 cm)
Ramię 25 cm ( -5 cm)
___
30.12.08
090
Chleb razowy 70 g plus pasztet sojowy 50 g plus papryka 50 g
Jajecznica z 2 jaj plus pomidor 100 g plus pieczywo chrupkie 2 kromki
Kapuśniak 300 ml plus pieczywo chrupkie graham 2 kromki plus jogurt naturalny 100 g
Twaróg chudy 100 g plus ogórek świeży 200 g plus musztarda 1 łyżka
40 minut hula hoop
Ćwiczenia na pośladki, brzuch
___
Razowy z rana wywołał ból zęba. Niedobry...
Co miałam sen wogóle... Dwa kawałki ciacha. Z talerza wędrujace do otworu gębowego. Mojego!
Jedno pamiętam między dwoma jakby biszkoptami miało jakąś taką piankową masę TRUSKAWKOWĄ. Ło Matko, to był sen na miarę ciężkiego erotyka chyba nawet! Czułam we śnie, że nie powinnam, że nie należy. Ale zjadłam no, zjadłam! No hard-core 100 %.
Idę dojść do siebie, potem udam się poustalać szczegóły planu noworoczego.
___
29.12.08
089
Płatki owsiane 30 g plus rodzynki 15 g plus jabłko 200 g
Chleb razowy 70 g plus twaróg chudy 70 g plus ogórek kwaszony 100 g
Makaron świderki 20 g plus pomidor 150 g plus oliwki 40 g plus jogurt naturalny 50 g
Serek wiejski lekki 150 g plus pieczywo chrupkie graham 1 kromka
30 minut stepper
Stretching
___
Do wczorajszego jadłospisu doszedł późnym wieczorem ogóras zielony- a z jakieś 50 g. Byłam cholernie głodna- niedobrze. Doszedł też kubek gorącego bulionu- złapało mnie jakieś świństwo. Łeb mi pękał, byłam strasznie słaba.
I tak sobie właśnie myślę, że ciężko, żeby tak wszystko z tym całym odchudzaniem moim było ' na tak'. Od kilki dni, może i tygodni nawet, dostrzegam pewne wady. Wczorajszy naprawdę kiepski wieczór tylko mnie utwierdził w przekonaniu, że miodkiem samym to ta rzeczka nie płynie.
Bywam osłabiona. Bardzo osłabiona. Czasem robi mi się ciemno przed oczami, czasem ciasno w głowie. I taka wypompowana jakaś ze mnie dętka, ciężko ustać momentami. Jakby tych mięśni, nad którymi tak pracuję nie było- słowem siły mi brak. Bywam też głodna- szczególnie wieczorami. Towarzysze spożywają wtedy rarytasy, a mnie skręca czasem w środku. Bóle głowy czasem się pojawią, bolą mnie też oczy.
Nie wiem, czy to wszystko wiązać z dietą, ale jak narazie ona jedyna wysuwa mi się przed szeregi.
Wczoraj, gdy tak leżałam w łóżku, nie mogąc wykonać żadnego sensownego ruchu ( typu wstać chociażby) czułam ewidentnie, że winowajcą jest właśnie dieta moja. Czułam nie pierwszy raz zresztą, że trzeba mi nieco więcej pożywienia. A i zatęskniło mi się do choćby spróbowania jakiegoś smakołyku typu herbatnik, spontanicznego spróbowania oczywiście. Poczułam ( o zgrozo, jak to?! Ty?! Ta podjarana dietą?!) zmęczenie tym całym odchudzaniem. Tym ciągłym liczeniem kalorii, tym lękiem, tą małą paranoją. Poczułam nuuudę.
I ucieszyłam się, gdy pomyślałam, że zostało jeszcze niecałe 3 kilo.
Wiem, że zacznie się coś nowego. Że będzie trza podejść inaczej. Wszak już nie o gubienie wagi będzie się rozchodzić. I liczę, że zniknie wielkie osłabienie. Jeszcze nie mam konkretnego planu jeżeli chodzi o kwestię trzymania eleganckiej normy. Takowy będzie trzeba niebawem rozpisać, czas pędzi nieubłaganie, a ja nie lubię trwać w nieokreśleniu.
Choć w sumie ogólny zarys już się pojawił w głowie. Zaczęłam tworzyć listę noworocznych postanowień. Taaa... głupota niby. Ale chyba nie tym razem. Teraz nie ma mowy o zatrzymaniu się. Teraz ma się zacząć. Bo jak nie to się tak złoję po dupie, że mnie rodzona nie pozna.
Wsród 10+1 postanowień, znalazło się miejsce dla kilku w temacie ,, Ja, waga moja i takie tam''.
Muszę tylko owe podpunkty nieco rozwinąć. Co, jak, gdzie, kiedy, z kim.
Ojoj, sprężamy się, toż to za niedługo Nowy 2009.
___
28.12.08
088
Mandarynka 100 g plus banan 100 g plus jabłko 100 g
Chleb razowy 70 g plus pasztet sojowy pomidorowy 50 g plus papryka 50 g
Jajecznica z 2 jaj plus pomidor 100 g
Twaróg chudy 130 g plus ogórek świeży 200 g plus musztarda 1 łyżka
___
A może powinnam wytatuować sobie np. na dłoni hasło: 'MAŁE PORCJE ANNO' ?
Boję się trochę tego momentu, tej rzeczywistości w której nie gubię już kilogramów tylko najzwyklej trzymam wagę. Boję się, że wtedy zacznę ładnie z dnia na dzień nakładać sobie coraz to większe porcje. Przyłapuję się na tym, że już teraz mam do tego ciąguty. Co tu ściemniać- cały czas gdzieś tkwi we mnie ta psotnica, co to lubi się konkretnie nawpychać. Biję ją po łbie non stop od trzech miesięcy. I jeszcze nie znikła chyba.
Oj tak, tutaj muszę się pilnować. Więc może rzeczywiście ten tatuaż?
___
Subskrybuj:
Posty (Atom)