Ło żesz... Jakbym wylądowała na obcym terenie. Blogu znaczy się, dziwnie jakoś... Chyba się sztęszkiłaaam. 10 dni minęło, odczuwam jakby z jakieś 30 mnie nie było. No tak, dobra, ale jestem. Z wagą 60, 2 kg. Przytyło się niecałe pół kilosa. Niewiele, więc nie wzruszam się tym. Wszak już na odchudzającej nie jestem, siala la la... I ustalam sobie normę, jakiej trza się trzymać: 58- 62 kg. Do 62 kg nie będę się załamywać, pozwolam już sobie na słabszy moment w przyszłości. Powyżej tego wyniku, naturalnie należy się rozbeczeć, powykrzykiwać, zdemolować etc., po czym grzecznie i z pokorą wrócić do diety. Plan myślę, nie jest najgorszy, powinno być ok.
Sama akcja stabilizacja przebiega w miarę radośnie. W miniony weekend zaszalałam, oj jak zaszalałam. A jak mi właśnie tego było trzeba, aj jak mi było trzeba...
Upiekłam przecudaśne owsiane ciasteczka, które w błyskawicznym tempie wypełniły brzucha mego. Wreszcie też zjadłam konkretny niedzielny obiad ( oczywiście zamiast tłustego mięcha-genialne kotlety sojowe, zamiast pyrków- brązowy ryż), porcja nie z tej ziemi. No i zdarzyła się i późnawa kolacja, i o zgrozo w postaci galaretki z szaloną owocową sałatką! Słowem: ciężki hard- core :]
Po tych trzech miesiącach diety zdecydowanie mogę uznać ostatnią sobotę z niedzielą za naprawdę ekstremalne dwa dni, z naprawdę ekstremalnymi odczuciami. Maksimum wyrzutów sumienia, że za dużo, blabla plus maksimum radochy z żarcia. Generalnie było dobrze, szczególnie, że liczba na wadze całkiem mi się podoba. A! No właśnie- ważyć się postanowiłam codziennie ( pierwotnie ustaliłam, że na stabilizacji co 10 dni jakoś chyba). Dzięki temu pozbyłam się małego stresu z głowy, i kontrolę zdecydowanie mam nad tym wszystkim większą. Na samej diecie ważenie się codzień uważam nadal za głupotkę, ale już gdy kończy się odchudzanie, opcję wskakiwania co rano na wagę nazwać mogę bardzo dobrą opcją.
Co poza tym?
Dawki ruchu sobie nie odmawiam, marsze we wtorki i czwartki są super sprawą, a nowe ćwiczenia na pośladki z poniedziałków i czwartków dają nieźle popalić- i dobrze, niechaj pupka się kształtuje.
Co do diety stabilizującej, to wyznam szczerze, że kurczę, boję się kalorii. Odczuwam strach przed zwiększaniem ich ilości. Przyzwyczaiłam się do moich średnio 900. Myśl o tym, że za dwa tygodnie ma ich już być 1200 przyprawia mnie o lekki ból głowy i dreszcze. Zakończenie diety nie jest wcale takim prostym zadaniem, serio serio. Tak naprawdę w gruncie rzeczy wiem, że nie dopuszczę do tego, by kilogramy wróciły, jednak strach przed przytyciem jest teraz niemały. I znów z drugiej strony- odchudzać się dalej przecież też już nie ma potrzeby. Jestem zadowolona z tego, jak wyglądam, czuję się komfortowo we własnym ciele.
No i wszystkie spodnie spadają z tyłka ( chyba zatem pora na zakupy :]), pięć kilo mniej i będę zbyt koścista, więc nie ma co- oczywistym jest fakt, że ,, Anka, stop, Aniu, już koniec''.
Mam nadzieję, że będzie dobrze. Że mimo małych weekendowych ( acz rozsądnych, a jak!) szaleństw nie dopadnie mnie jo- jo potwór.
Co tam jeszcze?
Hmmm... no czuję się dobrze, nie choruję, podziwiam nową mnie, przyzwyczajam się do akcji stabilizującej, odczuwam większy, jakże przyjemny luz, rozumu nie tracę w dalszym ciągu, czasem się postresuję niepotrzebnie, czasem z wiarą spojrzę w przyszłość. A teraz idę wszamać jabłucho. Do sklikania pamiętniczku za dni 10, cześć, czołem!
___
BMI 21.3
Waga 60.2 kg
___